|
There are no translations available.
Głównym powodem naszej wyprawy do Werony była opera. Chciałyśmy zobaczyć przedstawienie "Aidy" w Arena di Verona (amfiteatr z czasów rzymskich), które było częścią letniego cyklu operowego organizowanego w tym mieście od lat. Trafiłyśmy na najdłuższe z dzieł Verdiego trwające 4 godziny! Czas naszego pobytu w tym fascynującym miejscu wydłużył się jeszcze z powodu dwóch niegroźnie wyglądających chmurek, które zawisły nad Areną. Ponieważ wszystko odbywa się pod gołym niebem, po pierwszych kroplach deszczu orkiestra brała instrumenty pod pachy i zmykała w kuluary. Po przejściu każdej z ulew na scenę wychodziła ekipa sprzątająca wyposażona w mopy, wiadra a nawet maszynę do ściągania wody. Publiczność była dobrze przygotowana na takie okazje: rozkładała parasole i spokojnie oczekiwała na dalszy ciąg akcji. W jednym z sektorów zasiadała grupa, która prawdopodobnie stanowili członkowie amatorskiego chóru. Aby skrócić oczekiwanie odśpiewali fragment opery. Dostali wspaniałą owację. Mogą teraz o sobie mówić, że wystąpili w Arena di Verona.
Dalsza część spektaklu upłynęła bez zakłóceń. Na niebie nad Areną rozbłysły gwiazdy i świecił księżyc w pełni. Sprawiało to wrażenie części dekoracji. W przedstawieniu brał udział liczny zespól chóru, baletu, statystów, a nawet… konie. Widowisko było naprawdę imponujące, zrealizowane z wielkim rozmachem. Skończyło się o 2 w nocy. Dojechałyśmy do domu, (czyli agroturystyki, gdzie mieszkałyśmy) i po 5 minutach rozszalała się burza. Miałyśmy wielkie szczęście, że nie złapała nas w drodze, bo niełatwo byłoby nam dotrzeć na miejsce. To był mocny akcent na zakończenie tak romantycznego wieczoru. Długo jeszcze nie mogłam zasnąć mając przed oczami sceny z Areny.
Następnego dnia - w niedzielę zjadłyśmy późne śniadanie w bajecznym ogrodzie naszego agriturismo. Gospodyni Antonia powiedziała, że niedaleko znajduje się stara i wciąż zamieszkała willa wenecka, którą można zwiedzać po uprzednim umówieniu się z właścicielami. Część z naszej 9-osobowej damskiej grupy z ochotą podjęła temat i po południu pojechałyśmy zwiedzić Villa Arvedi. Przywitał nas właściciel o wyglądzie mało arystokratycznym. Oprowadził po części reprezentacyjnej rezydencji przeznaczonej dla gości. Pierwsze piętro zajmowała piękna sala muzyczna ze ścianami pokrytymi freskami. Z sali wychodziło się na taras, z którego rozciągał się widok na 300-letni park włoski. Tworzył go labirynt ze strzyżonego bukszpanu. Następnie przeszliśmy na podwórze pałacu i mogłyśmy podejrzeć jak wygląda życie arystokracji "od kuchni". Jedno skrzydło boczne pałacu jest zamieszkałe przez matkę rodu, a drugie przez naszego przewodnika. W osobnym budynku mieszka jego siostra z rodziną. Na podjeździe stało kilka samochodów, a zabawki pozostawione w alejkach świadczyły o obecności dzieci. Pięknym fragmentem posiadłości jest prywatna kaplica. Odbywają sie w niej nabożeństwa , można zamówić uroczystość ślubną. Ciekawostka: Villę Arvedi oraz jej właściciela można obejrzeć w filmie "Listy Julii". Na niedzielny wieczór zaplanowana była lekcja gotowania. Nasze instruktorki to dwie panie, znajome gospodarzy. Zasiadłyśmy w jadalni przy dużym stole i otrzymałyśmy wydrukowane menu oraz przepisy. Lekcję zaczęłyśmy od przygotowania deseru - były to brzoskwinie z nadzieniem czekoladowym i kremem jajecznym. Na przystawkę zrobiłyśmy bruschette z pomidorami i polentę zapiekaną z serem. Jako primo gotowalysmy spaghetti alla carbonara, a jako secondo - saltimbocca alla romana. Lekcja była bardzo pouczająca. Pozwalała zaobserwować sposoby postępowania w kuchni, podejrzeć metody, o których trudno przeczytać w książkach kucharskich. Po raz kolejny dało sie zauważyć, że kuchnia włoska jest bardzo prosta, ale opiera się na doskonałych składnikach. Ukoronowaniem naszych kulinarnych wyczynów była wspaniała i trwająca do późnej nocy kolacja. Następnego dnia odbyłyśmy wycieczkę nad jezioro Garda. Nie zabawiłyśmy tam długo, ponieważ na popołudnie Renia zamówiła piknik w innym agriturismo Ca' Pierrina. Zdążyłyśmy jednak sprawdzić temperaturę wody i wypić cos orzeźwiającego. Po drodze podziwiałyśmy malownicze plenery. Dotarcie na miejsce zajęło nam więcej czasu niż myślałyśmy. W Ca’ Pierrina oczekiwała nas nasza gospodyni Liliana, która po powitalnym aperitifie przedstawiła osobiście menu. Było tego bardzo dużo i wybór okazał się trudny. Renia nieśmiało zapytała, czy możemy spróbować wszystkiego po trochu i ku naszej uciesze Liliana chętnie przystała na propozycję. Problem był tylko taki, że czasu miałyśmy niewiele, ponieważ tego dnia wyjeżdżała już do Polski Gosia i musiałyśmy zawieźć ja do Werony. Nasza gospodyni była jednak świetnie zorganizowana i sama pilnowała czasu. Na stół wjeżdżały po 4 warianty z każdego dania - nie spodziewałyśmy się takiego wyzwania. Wszystko było pyszne, ładnie podane i podlane dobrym winem z sąsiedniej winnicy. Mnie najbardziej smakowały tortellini nadziewane dynią. Miejsce i gospodyni bardzo przypadły nam do gustu. Żałowałyśmy, że byłyśmy tam tak krótko. Warto je zapamiętać i wziąć pod uwagę w planach wypraw enokulinarnych na przyszłość.
Po tej prawdziwej kulinarnej orgii nasza grupa podzieliła się i cztery osoby pojechały do Gelindo, sprawdzonych Przyjaciół Italianissimy we Friuli - Venezia Giulia, a w naszym agriturismo "Dalo" pozostałyśmy tylko Dorcia i ja. Wieczór spędziłyśmy leniwie na leżakach w ogrodzie popijając obowiązkowe w regionie Veneto schłodzone prosecco i podziwiając wieczorny widok niedalekiej Werony. Dołączył do nas nasz gospodarz, który zabawiał nas opowieściami na temat pochodzenia posiadłości i historii rodziny.
Ostatni dzień poświęciłyśmy na Weronę. W Museo dell’ Arte obejrzałyśmy bardzo interesującą wystawę dzieł Marca Chagalla. Jeszcze raz nacieszyłyśmy oczy widokiem Areny, tym razem w dziennej/codziennej scenerii. Wieczorem zjadłyśmy kolację w poznanej wcześniej osterii w Mizzole, miejscowości najbliższej naszego domu. Byłyśmy tam już witane jak stare klientki, co zawsze jest bardzo przyjemne. I nadszedł dzień powrotu. Po pożegnaniach z naszymi gospodarzami udałyśmy się na lotnisko. Ostatni odcinek drogi upłynął trochę nerwowo z powodu korka spowodowanego wypadkiem. A podczas oddawania wypożyczonego samochodu Dorcia tak niefortunnie stąpnęła, że wykręciła nogę w kostce. Udało jej się dotrzeć do domu, ale sprawa okazała sie poważna i nogę trzeba było zagipsować. Dorcia trzyma sie jednak dzielnie i cieszy się, że przykra przygoda nie zdarzyła się na początku wyprawy. Cóż, jako zadeklarowane italofilki cieszymy się życiem i nie zrażamy trudnościami. Już wspominamy nasze fascynujące przeżycia i z niecierpliwością czekamy na dalsze wyprawy z Italianissimą. Dorota Sułkowska |