• Polish (Poland)
  • Italian (Italy)
 
Rekonesans w Piemoncie - 17-21.09.2010
There are no translations available.

Szkoda, że doba, rok, życie, czas nie są bardziej rozciągliwe… Działamy dopiero 2 lata i mamy za sobą eksplorację dopiero 2 włoskich regionów: Friuli – Venezia Giulia i Umbria. A właściwie 2 i 1/2 regionu, bo był też rekonesans Laguny Weneckiej znajdującej się w Veneto. Jest tych regionów do zbadania aż 20! A ponieważ Italianissima ma ambitny zamiar pojawienia się w nich wszystkich, nadszedł czas na kolejny - bogaty Piemont w północnozachodnich Włoszech.

Przed nami wielkie wina, trufle, czekolada – wyruszamy!

W ciepły piątkowy wieczór lądujemy w nieznanym nam Turynie. Wypożyczamy auto i dzięki inteligentnemu GPS-owi sprawnie wydostajemy się za miasto i pędzimy do małej miejscowości Nizza Monferrato w pobliżu Asti (tak, tak to stamtąd pochodzi wino Martini Asti), gdzie czeka nas pierwsze spotkanie. Nasza podróż ma bowiem charakter rekonesansu - szukamy odpowiedniego miejsca, do którego będzie można przywieźć italianissimowych przyjaciół (myślimy o zorganizowaniu wyprawy enokulinarnej do Piemontu w 2011 roku). W tej materii mamy teraz już więcej doświadczenia niż na początku działalności i dobrze wiemy, czego szukamy: takie miejsce musi być nie tylko świetnie położone i komfortowe, ale przede wszystkim musimy poczuć odpowiedni feeling z gospodarzami. Musimy się od razu polubić! To, że kuchnia ma być tam znakomita (=nieturystyczna) jest dla nas oczywiste.

Niezawodny GPS doprowadza nas teoretycznie na miejsce, ale w całkowitych ciemnościach za miasteczkiem Nizza Monferrato, tam gdzie powinna być Cascina Blon nie ma śladu cywilizacji. Okazuje się, że agroturystyka jest ukryta na wzgórzu i właściciel, przemiły Skandynaw, musi jednak po nas - nieco zdezorientowane - wyjechać. Jego wspólniczka, starsza pani o tajemniczym imieniu Evi, ze względu na późną porę przyjmuje nas w prywatnej kuchni podając znakomite panzotti con formaggio e ricotta (okrągłe pierożki z nadzieniem z sera i szpinaku). Okazuje się, że wraz ze szwedzkim przyjacielem są emerytowanymi pracownikami SAS, którzy prowadzenie agroturystyki wymyślili sobie, jako sposób na jesień życia. Porozmawiawszy z gospodarzami i ochłonąwszy po podróży nie możemy sobie odmówić wypicia kieliszka wina na dworze. Komentując pierwsze wrażenia zastanawiamy się, co kryją nieprzeniknione ciemności wokół naszego agroturismo.

Rano skuszone zapachem piekących się brioche schodzimy do sąsiedniego pawilonu. Po wyjściu na dwór - niespodzianka! Okazuje się, że Cascina Blon jest ze wszystkich stron otoczona winnicami. Nie mogłyśmy trafić lepiej - jesteśmy w Piemoncie w okresie vendemmii, czyli winobrania, a winorośla uginają się pod ciężarem dorodnych czerwonych gron. Jest bardzo zielono i ciepło, robimy mnóstwo zdjęć. Tak, to miejsce z pewnością ma klimat (a wystrój wnętrz przypomina nam nieco nasz umbryjski dom - Fonte Antica), a i ludzie spodobali się nam bardzo. Szkoda tylko, że nie serwują gościom agroturystyki wieczornych posiłków, a to dla nas warunek konieczny. Nota bene uroki Casciny Blon doceniają przede wszystkim cudzoziemcy i to nawet spoza Europy. To zdecydowanie dobra rekomendacja dla wymagających.

Następne miejsce do dowiedzenia w pobliżu to Tenuta La Romana. Łatwy dojazd, wrażenia jak najbardziej pozytywne, choć brakuje nam relacji z tzw. osobą decyzyjną. Rozmawiamy bowiem tylko z miłą pracownicą Barbarą, która częstuje nas świetną kawą i przepysznymi malutkimi orzechowymi ciasteczkami o wdzięcznej nazwie baci di dama, czyli pocałunki damy. No i cenowo Tenuta La Romana to chyba trochę za wysoka dla nas półka. Ale miło jest posiedzieć na słoneczku, nasycić oko zielonymi winnicami na okalających posiadłość wzgórzach i pomarzyć.

W drodze do kolejnego miejsca z naszej listy - Tenuta La Marchesa - GPS prowadzi nas przez tak wąskie uliczki miasteczek, że niemal musimy składać boczne lusterka. Oglądamy przyjemną agroturystykę, a jej sympatyczny właściciel o niedźwiedziowatej posturze, z wielkimi tatuażami i chustce pirata na głowie na pożegnanie obdarowuje nas kilkoma butelkami białego wina. Wokół nas tym razem dorodne winnice moscato. Aż pachnie słodko w powietrzu.

Na lunch, a raczej pranzo, wybieramy się do Casciny Bozzetti znajdującej się w południowym Piemoncie w prowincji Aleksandria. Umówiłyśmy się tam na spotkanie z polskimi przyjaciółmi z Italianissimy, którzy spędzają urlop w sąsiedniej Ligurii. Taką mamy fantazję, aby z prawie sąsiadami z Gdyni wypić sobie kawę w Italii!

Dojazd na miejsce jest niesłychanie malowniczy, a nasze wypożyczone autko zgrabnie pokonuje niekończące się serpentyny zakrętów, całkiem strome spadki i gwałtowne wzniesienia terenu. Aż na jednym z nich odmawia nam posłuszeństwa i stajemy na środku drogi ze zgrozą obserwując kłęby dymu (czy też pary) wydobywające się spod maski. Jak zwykle mamy szczęście, bo w pierwszym samochodzie, który zatrzymuje się po niedługiej chwili, siedzi życzliwy mechanik, który uspokaja nas fachową diagnozą - to tylko lekko przypalone sprzęgło. Po krótkim postoju i wietrzeniu ruszamy jeszcze bardziej karkołomną i wąską drogą nie mogąc z niej zawrócić, bo zbliża się godzina spotkania z Dorotką i Jarkiem.

Na miejscu uprzejmi gospodarze przejęci motoryzacyjną przygodą podejmują nas typowym piemonckim antipasto (choć znanym w całej Italii i popularnym poza nią), czyli vitello tonnato. Zaskakująco smakowite połączenie mięsa i ryby (cielęcina z sosem majonezowo-tuńczykowym) podają nam w autorskiej wersji z drobno posiekaną gotowaną marchewką, której smak całkiem dobrze komponuje się z głównymi składnikami, a na talerzu jest z pewnością weselej. Po antipasto delektujemy się ravioli alla carne fatti in casa (domowe pierożki z mięsem) i lokalnym czerwonym dolcetto, które wbrew słodkiej nazwie jest winem bardzo wytrawnym. Rewelacyjną kawę pijemy już z polskimi znajomymi, którzy do Pareto dotarli na szczęście bez przygód.

Zatopiona w zieleni Cascina Bozzetti z niesamowitymi widokami okazuje się jednak zbyt oddalona od cywilizacji. Wprawdzie udaje nam się wyjechać stamtąd inną, całkiem przyzwoitą i prostą drogą wskazaną przez właścicieli, ale jednak uznajemy, że łatwy dostęp do świata jest w czasie naszych wypraw enokulinarnych wskazany. Jeśli ktoś miałby ochotę odciąć się od niego na jakiś czas, z czystym sumieniem tę agroturystykę ze świetną kuchnią polecamy.

Późnym popołudniem dojeżdżamy do winnicy o zabawnej nazwie But, gdzie wita nas radośnie przemiły Włoch Flavio Meistro wyszukany przez Renatę na Facebooku. Z wykształcenia pielęgniarz, wieloletni współpracownik słynnego cantautore Paolo Conte, a z powołania winiarz. Niezwykle skromny Flavio i jego urocza dziewczyna Federica przez kilka godzin raczą nas opowieściami o swoich winach, a degustacji towarzyszą smakowite dodatki - ser rocchetta i mostarda z moszczu winnego, która wyglądem i smakiem przypomina nieco polskie powidła. Z przyjemnością słuchamy historii poszczególnych trunków, etykiet, logotypów. Gawędy przeplatane są anegdotami, potężną porcją fachowej wiedzy i zaraźliwym tubalnym śmiechem Flavia.
Przebojem wieczoru okazuje się jednak bagna cauda, jesienno-zimowe danie na bazie sardeli (sarde), symbol piemonckiej kuchni, do którego znakomicie pasuje vino forte, czyli kilkuletnia Barbera. Ważna informacja - bagna cauda to danie niezwykle integracyjne, można przy nim biesiadować bez końca, prawdziwe "piatto sociale" (przepis zamieścimy w zakładce Buon Appetito).

Do kolacji w wiejskiej jadalni zasiadamy razem z rodzicami Flavia, którzy podobnie jak syn okazują się skromni, bezpretensjonalni i niezwykle gościnni. Wydało nam się to wspaniałe, że przyjmują po królewsku i zapraszają na nocleg we własnym domu 3 obce kobiety, o których nie wiedzą właściwie nic. Biesiadujemy prawdziwie po włosku przez wiele godzin, a rozmowom (i oczywiście jedzeniu) nie ma końca. Wino rozwiązuje nam języki, uczymy się nawet różnych słów w dialekcie piemonckim, który przypomina nieco język francuski. Po bagna cauda pani domu zgodnie z regułami sztuki podaje brodo con cappeletti (rosół z pierożkami) oraz gotowane mięsa, które jemy z różnymi sosami (najbardziej smakuje nam ten pomidorowy). Potem na stole pojawiają się sery (w tym okropnie śmierdzący, ale niezły w smaku brus), owoce oraz pięcioletnia grappa starzona w drewnianych beczkach. Do słodkiej gorgonzoli cudownie pasuje passito, szlachetne i mocne wino z suszonych winogron. Przed snem mama Flavia ratuje nam życie aromatycznym gorącym naparem ze świeżych domowych ziół - infuso delle erbe (rozmaryn, szałwia, cytryna, miód). Rano wszyscy budzimy się w cudowny sposób z niespodziewanie lekkimi żołądkami.

Po śniadaniu pragniemy zobaczyć słynne białe piemonckie woły z Fassone, o których wcześniej czytałyśmy. Dzięki specjalnym wysokoenergetycznym paszom osiągają wagę ponad 1200 kg i zdarza się, że czasami nie są w stanie chodzić o własnych siłach. Z Flaviem i jego mamą (absolutnie niezdziwioną naszym nietypowym życzeniem) jedziemy do ekologicznej hodowli: dostojne zwierzęta nie wyglądają na nieszczęśliwe i nie prostestują sesji fotograficznej, prawdopodobnie pierwszej i ostatniej w ich ziemskim życiu. Natomiast my nie jesteśmy przekonane, czy w tej podróży skusimy się na befsztyki...

Do południa oglądamy kolejnych kilka miejsc, ale żadne z nich nie wywołuje szybszego bicia serca: a to za daleko od wszystkiego, a to niezbyt ładne wnętrza (zdjęcia w internecie mogą rozbudzać wyobraźnię), a to gospodarze nie dość uprzejmi.

W porze obiadu docieramy do sławnej Alby - pogoda i widoki autentycznie zapierają nam dech w piersiach. Wszędzie zielone wzgórza pokryte niezmierzonymi winnicami, nad nimi lazurowe bezchmurne niebo, ostre słońce grzeje nam ciała i dusze. Właściciel agroturystyki, do której się kierujemy już przez telefon wydaje się nam bardzo kontaktowy i z prawdziwym entuzjazmem w głosie czeka na wizytę "3 prawdziwych Polek, prosto z Polski".

Cascina Barac przekracza nasze wszelkie wyobrażenia - jesteśmy w raju! I to nie tylko dla oczu - zabawny i towarzyski gospodarz Albino podejmuje nas schłodzonym aperitifem (wyśmienite Chardonnay Langhe) i najlepszymi orzeszkami laskowymi, jakie w życiu jadłyśmy, po czym wiezie na wykwintny lunch do pobliskiego miasteczka Treiso. No, raczej nie jest to wiejska oberża... W restauracji Profumo di Vino prowadzonej przez... Meksykanina zasiadamy do stołu na nagrzanym słońcem tarasie i raczymy się artystycznie przygotowanymi piemonckimi daniami. Wyglądają tak pięknie, że szkoda nam te małe dzieła sztuki naruszyć! Po obowiązkowym vitello tonnato tym razem podanym w kształcie pąków róż decydujemy się na deskę serów, a do nich obowiązkowe mostardy. Do posiłku pijemy dobrane idealnie wino Gavi. Łasuch Albino namawia nas bez trudu na słodkości i na stole zjawiają się kolejne wyrafinowane kompozycje: pesca ripiena con cioccolato, cacao e amaretto, panna cotta alla vaniglia e semifreddo con prugne e nocciole. Na kawę wracamy do agroturystyki w wyśmienitych humorach.

Ponieważ od pierwszej chwili zapałałyśmy do siebie obustronną sympatią Albino decyduje właściwie za nas, że nocujemy u niego i zjemy kolację. Wprawdzie jesteśmy umówione w innym miejscu, ale po nocy spędzonej w wiejskim domu chcemy się poczuć tym razem jak kobiety luksusowe. Żywiołowy gospodarz nie musi nas długo przekonywać, a nasze wahanie trwa tylko małą chwilę - elegancka i klimatyczna, dopieszczona w każdym detalu Cascina Barac jest pokusą, której nie sposób się oprzeć.

Po krótkiej sjeście w hamaku (sic!) popołudnie spędzamy pracowicie wdrapując się na kolejne górki, do kolejnych miasteczek, bładząc po kolejnych manowcach. Wszędzie rajskie widoki, mili ludzie i winnice, winnice, winnice, jak okiem sięgnąć. Cascina Barac podniosła jednak poprzeczkę niesłychanie wysoko i żadne z odwiedzanych agroturismo nie jest już w stanie nas usatysfakcjonować...

Wieczorna kolacja z Albinem to teatr jednego aktora. W towarzystwie trzech kobiet złotousty Włoch czuje się znakomicie: bryluje, uwodzi, gawędzi, przerywa swoje wywody tylko w momencie przełykania jedzenia. Jesteśmy w ciekawej restauracji Il Vigneto - znów piemonckie przysmaki w wydaniu lekko snobistycznym, ale walory smakowe serwowanych potraw absolutnie na tym nie cierpią. Tym razem obsługuje nas nienagannie przystojny... Japończyk. Alina i Albino (nota bene obchodzący urodziny tego samego dnia, więc ich drogi musiały się przeciąć) wybierają jesienne risotto z grzybami, które konsumują z... przepołowionej wzdłuż butelki z grubego ciemnego szkła. Eksperymentatorka Renata decyduje się na plin al cacao con gorgonzola, a ja spełniam swoje marzenie i zamawiam słynną finazierę, ulubione danie księcia Cavour, ojca zjednoczenia Włoch. Jeszcze nigdy nie jadłam kogucich kurzych grzebieni... Nasz apetyt zaostrza oryginalne antipasto - il piccolo fritti di calamari e gamberi alle nocciole, czyli ni mniej ni więcej, tylko kalmary i krewetki podane z... płatkami laskowych orzechów, a wcześniej crema al tartufo nero jedzona z małych kieliszków.

Znów golosone (łakomczuch) Albino namawia nas na desery i zamawia sobie panna cotta con meringhe e mousse di fragola. Renata dostaje la mini verticale di sorbeto di frutta fresca, a ja porcje kozich serów (najbardziej ciekawi mnie caprino in cenere, czyli ser w popiele). Alina grzeszy najbardziej spektakularnie. Jej wybór to bowiem "I sette peccati capitali nel piatto", czyli siedem grzechów głównych na talerzu, podanych fantazyjnie w maleńkich porcyjkach ze stosownym opisem. Wygląda na to, że obżarstwem grzeszymy wszyscy, a do tego (czy to już opilstwo?) popijamy aromatyczny, idealnie chłodny muskat - Moscato d'Asti pochodzący z Casa Agricola Muscola.

Po kolacji przejażdżka po okolicy "Piedmont by night" i podziwianie oświetlonych miast ulokowanych bezpiecznie na wysokich wzniesieniach, romantyczna przechadzka po Grinzane Cavour nieopodal majestatycznego zamku, a przed snem Albino rozpieszcza nas jeszcze kieliszkiem niebiańskiego wina Barolo Chinato, które stanie się naszym największym eno-odkryciem z tego pobytu w Italii.
Bardzo przyjemnie jest się rano obudzić, a za okiennicami mieć tylko niebieskie niebo i zielone winnice... Czy to się może kiedykolwiek znudzić?

Jemy eleganckie śniadanie w towarzystwie kilkunastu skandynawsko-anglosaskich par. Polaków brak, jak zresztą właściwie w większości miejsc, gdzie bywamy. Wszystko jest podejrzanie perfekcyjne. I jakże jesteśmy zawiedzione, kiedy okazuje się, że w przyszłym roku nie będą już gościom serwowane kolacje w Casina Barac, a to na naszych wyprawach warunek konieczny. Z wielkim żalem żegnamy nasz raj utracony... A już byłyśmy pewne, że znalazłyśmy miejsce idealne.

Poranek spędzamy w winnicy Rivetto, którą Renata również znalazła na Facebooku. Warto było znów wspiąć się wysoko samochodem (400 m npm), bo posiadłość jest pięknie położona na wzgórzach Langhe w miejscowości Sinio, z widokiem na majestatyczny zamek Serralunga d'Alba. Jest to kolejny widok, który zapiera dech w piersiach, zwłaszcza w piękny słoneczny dzień.
Winnica jest świetnie zorganizowana. Widać od razu, że właściciele mnóstwo czasu poświęcają na poszukiwanie odbiorców. Są już nawet obecni na polskim rynku, a ich wina dostępne są też podobno w Trójmieście. Związki z Polską są nawet bliższe, bo jeden z braci (właścicieli) chwali się polską narzeczoną.
Na ścianach imponujących magazynów możemy podziwiać winną historię rodziny - to kolekcja prawie tysiąca butelek najlepszych trunków gromadzonych od 1944 roku. Szkoda, że nie wystarcza nam czasu na degustację wszystkich win produkowanych przez rodzinę Rivetto. A może to i lepiej, bo przecież całodzienny program przed nami... W Azienda Agricola Rivetto oprócz winorośli uprawia się również orzechy laskowe i włoskie. Piemont słynie z upraw orzechów laskowych, które w smaku są znacznie intensywniejsze od naszych i oprócz międzynarodowej Nutelli są też składnikiem znakomitej czekolady gianduia - znaku firmowego Piemontu.

Cały dzień przemierzamy region docierając niemal pod francuską granicę, chcemy bowiem mieć choć powierzchowne wyborażenie o całym regionie. Nic nam jednak nie wpada w oko. Jednego jesteśmy pewne - nasze poszukiwania musimy zawęzić do serca Piemontu, czyli okolic Alby i Asti. Pewnie wszędzie (jak to w Italii) je się znakomicie, ale "l'occhio vuole la sua parte" - trzeba nacieszyć też i oko. No i jednak nasłynniejsze piemonckie wina, jak Barolo czy Barbera pochodzą właśnie stamtąd. O białych truflach z Alby nie wspominając... Ciekawostka - w Albie ma główną siedzibę koncern spożywczy Ferrero i właśnie tam produkuje się Nutellę z wykorzystaniem piemonckich orzechów laskowych, których słodki smak jest naprawdę niepowtarzalny. Podobno pan prezes lata do pracy helikopterem ze swojej rezydencji na szczycie jednego z pobliskich wzniesień.

Przed zmierzchem odwiedzamy jeszcze w Canale winiarza Giacomo Vico, poznanego na degustacji wina w Sopocie. Jego rodzina wytwarza wina od ponad stu lat, a z okolic Langhe i Roero (prowincja Cuneo) pochodzą jedne z najlepszych win Piemontu.

Nasz rekonensans kończymy w miejscowości Carmagnola niedaleko Turynu, słynącej z pewnych odmian czerwono-żółtej papryki o zabójczych nazwach: il Quadrato (il bragheis), il Corno di bue (il lung), la Trotta e il Tumaticot. Papryka z Carmagnoli cieszy się oznaczeniem IGP (Indicazione Geografica Protetta), co oznacza prawną ochronę Unii Europejskiej dla tej nazwy i ma zagwarantować autentyczność jej pochodzenia.

Tym razem jesteśmy gośćmi w agroturystyce Margherita, którą zarządza przedsiębiorczy emerytowany chirurg Luciano. W restauracji uwijają się jego przystojni synowie, lokal jest gwarny i wesoły. Z agroturystyką łączy się bowiem całoroczne pole golfowe Girasole, które przyciąga międzynarodową klientelę. Luciano gawędzi z nami przy stole (w zasadzie jest to jego barwny monolog...), częstuje nas pyszną piemoncką sałatką langarola (seler naciowy, orzechy, ser toma) a potem surowymi pikantnymi kiełbaskami. Potem dostajemy kotlet milanese in carpione, czyli cienką panierowaną pierś z kurczaka, wcześniej marynowana przez kilka dni w specjalnej kwaśnej zalewie i jedzoną na zimno. Towarzyszy nam lekkie czerwone wino Grignolino d'Asti. Nie odmawiamy sobie deseru i persi piene (brzoskwinie z czekoladowym nadzieniem) rzucają nas na kolana.

Luciano jest po siedemdziesiątce, przystojny, w świetnej formie intelektualnej i fizycznej, chwali się czwartą młodą żoną i zaprasza nas na Sylwestra. Kto wie? Ustalamy na gorąco, że właśnie u niego zatrzymamy się podczas pobytu w październiku, kiedy przylecimy do Turynu na Salone del Gusto, największą imprezę ruchu Slow Food, który narodził się w piemonckim miasteczku Bra.

Wtorkowy poranek wita nas już bardzo jesiennie, czeka na nas ostatnie ceffel atte z ciepłym rogalikiem, czas jechać na lotnisko. W drodze podsumowujemy sobie nasz rekonesans, dzielimy się wrażeniami. Tyle się zdarzyło przez kilka dni, tyle nowych miejsc, twarzy i przysmaków! Piemont nas naprawdę zachwycił i żal wyjeżdżać. Jak dobrze, że wrócimy tu znów za miesiąc :-)

P.S.
Na białe trufle było niestety za wcześnie...

Torino
panzotti pr...
panzotti po
buona notte

Więcej zdjęć w Galerii

 
KreatyWWWni